Thursday, 4 August 2016

Elektroniczny poranek

Godzina 7.05. Rozpoczyna się kolejny dzień angielskiego lata. Poranny deszcz to żadna nowość. Niebo jest znowu biało-szare. Nudne miasteczko w stylu Multikulti. Ma w sobie tyle romantyczności co dworcowa toaleta. Zakładam buty, są jakoś dziwnie niewygodne dla moich stóp. Czy stopy z wiekiem przestają pasować do butów, a może moje polskie stopy są niekompatybilne z angielskimi butami? Rasista! Any way. Idę ulicą, przy moim wzroście mam problem z przemieszczaniem się. Tutaj wszystko węższe, niższe, ludzie dziwnie zamuleni. Dobrze wiem co ich zamula. Brak wiary, dawno odeszli od kontaktu z własną duszą. Tu liczy się pieniądz i dobry orgazm, zakupy i tanie żarcie. Matrix się rozwija, przechodzimy na życie cyfrowe. Zakupy elektroniczne, rozmowa elektroniczna, bilet na autobus elektroniczny, człowiek elektroniczny. Ciągły pośpiech, wyliczony na zysk. A gdzie w tym wszystkim jest wiara? Wiara w to, że po coś tu jesteśmy. Po coś? No właśnie po co? Przecież nie po to żeby zdążyć na czas z kolejną nudną czynnością, wyliczoną, opodatkowaną, wydaloną...